piątek, 11 listopada 2016

Gorzko!


Gorzko, na dwa papierosy.
Wykonane aparatem PRAKTICA VLC2, z pozdrowieniami dla obiektywów ZEISS.


  Czy można być zgorzkniałym starcem przed trzydziestką? Patrzę czasem na zgryźliwe starsze osoby, które wiecznie na wszystko marudzą, krzywią swoje pomarszczone twarze, już dawno pogrzebały swoje ambicje, a ich ostatnią rozrywką jest wyjście do lekarza a potem opowiedzenie o tej wizycie pani w kiosku. Patrzę i proszę wszechświat, by nie pozwolił mi być taką osobą na starość. Cóż, przyznaję, to straszna hipokryzja z mojej strony, biorąc pod uwagę, że jestem równie zgorzkniała w wieku dwudziestu trzech lat.
Nawet nie wiem jak i kiedy to się stało, ale będąc zgorzkniałą muszę kogoś obwinić. W szkole wielu z nas wmówiono, że jesteśmy wyjątkowi – uzdolnieni, inteligentni, że możemy wiele osiągnąć. W końcu w młodym człowieku najłatwiej jest dostrzec potencjał. Nauczyciele (Ci z powołaniem) patrzą na trzydzieści potencjałów w swojej klasie, z czego większość jest niestety przeciętna. Ale jest w niej może jedno, a może nawet kilka dzieciaków, które piszą zaskakująco dobre wypracowania, rysują lepiej niż inne dzieci albo wyjątkowo szybko liczą. Wtedy nauczyciel myśli, że z tego dziecka może coś być. Może prezydent tego kraju? Naukowiec, który zmieni nasze spojrzenie na świat? Artysta, o którym za kilkadziesiąt lat będą się uczyć następne pokolenia? Podejrzewam, że wiara w sukces uczniów nadaje sens pracy tych nauczycieli. Chyba lepiej wierzyć, że uczeń będzie znakomitym naukowcem niż bardzo przyzwoitym urzędnikiem w skarbówce?
Szkoda tylko, że nikt nie powiedział nam, że o ten potencjał trzeba dbać i bardzo łatwo go zmarnować. Wystarczy chwila nieuwagi a wszystkie perspektywy, o których myślała twoja wychowawczyni przestają być w twoim zasięgu.
Przeciętne życie też może być nieprzeciętne. Normalna praca w określonych godzinach, spokojne domowe życie, stabilizacja finansowa pozwalająca utrzymać pewien poziom majątkowy. Nie każdy przecież marzy o szybkich samochodach i wielkim domu pokrytym marmurami. Problem pojawia się wtedy, kiedy takie życie Ci nie wystarcza.
Mnie nie wystarcza. Mówiono mi, że jestem wyjątkowa, zdolna i trzeba to wykorzystać. Grałam w teatrzykach, śpiewałam i recytowałam na konkursach, rysowałam i pisałam wiersze. Im byłam starsza tym bardziej traktowałam to poważnie. W liceum zaczęłam pisać scenariusze, a zamiast grać w teatrzykach zaczęłam je reżyserować. Moje spektakle wygrywały nawet jakieś przeglądy, zamiast rysować zaczęłam robić zdjęcia a zamiast śpiewać tańczyłam. Potem matura, studia na kierunku artystycznym i BAM! zderzenie z rzeczywistością – twój potencjał nie jest nic warty.
Żaden wykładowca chyba nie pomyśli „hm.. Z tej studentki może coś być, trzeba tylko bardziej popracować nad...” Wykładowcy oczekują od Ciebie od razu czegoś konkretnego. Jeśli nie dosięgasz do tej poprzeczki możesz zabrać swoje papiery z dziekanatu. Nad swoim potencjałem musisz pracować sam, szkoda tylko, że przez to, tak wielu ludzi zostaje nieoszlifowanych.
Tymczasem. Twoja sytuacja finansowa jest dość kiepska, mama ile może, tyle Ci pomaga, ale trzeba w międzyczasie coś dorobić, do tego życie na swoim też jest wymagające. Kończy się to tym, że czasem opuścisz zajęcia, żeby zarobić parę groszy i nie martwić się pustym portfelem, a jak już pójdziesz na zajęcia, to po powrocie do domu robisz pranie, żeby móc się przemieszczać po mieszkaniu i koniec końców nie masz siły na pracę nad swoim potencjałem na własną rękę.
Nie masz siły albo po prostu nie chce Ci się. W ciągu kilku lat moje życie stało się bardziej pragmatyczne niż chciałam. Kiedy mam wolny dzień posprzątam mieszkanie, wyprasuję tonę prania oglądając sitcomy, zrobię dobry obiad. Prawda jest taka, że nawet to lubię. Lubię dbać o bliskich, rozpieszczać ich wymyślnymi obiadami, żyć w przestrzeni, która jest czysta i estetyczna. Po prostu na dłuższą metę mi to nie wystarcza.
Zawsze chciałam, żeby moje życie znaczyło coś więcej. Chciałam żeby odcisnęło się na kartach historii, żeby zmieniło coś w życiach wielu osób, nie tylko najbliższych. Bardzo wierzyłam w to, że naprawdę mam dużo do powiedzenia i zdolności, aby to przekazać dalej. Chce czegoś więcej niż spokojna codzienność, chce zmieniać świat! Ludzkie spojrzenie na ten padół!
Przez tyle lat wierzyłam we własną misję i wyjątkowość, że dziś czuję się zgorzkniała. Czuję, że wszystko stracone. Zwykła codzienność przysłoniła wielkie ambicje. Owszem, potrafię ją docenić i bardzo mnie cieszą małe rzeczy. Ale moje marzenia wahają się od pikniku na dachu wysokiego budynku po Oscara, a nikt przecież nie będzie opowiadał moim prawnukom, że prababcia fantastycznie spędzała czas na maratonach ulubionych seriali. Chcę, żeby moje dzieci mówiły, że ich matka jest niesamowicie inspirującą i kreatywną kobietą, a nie świetną gospodynią domową.
A więc moja ambicja krzyczy na mnie, próbuje ujrzeć światło dzienne bo ewidentnie nie jest jej dobrze tam gdzie teraz siedzi – zakurzona i zapomniana. Tymczasem ja na to nic. Bo przecież to i tamto do zrobienia, bo – spójrzmy prawdzie w oczy - po prostu mi się nie chce. Albo zbyt wiele razy podcięto mi skrzydła, nie wiem. Bardzo staram się wierzyć w to, że jestem na tyle silna i zdeterminowana, że mam gdzieś opinię innych i żadna krytyka mnie nie powstrzyma. To oczywiście jedno wielkie kłamstwo.
Artyści to istoty próżne, artyści żyją dla aplauzu. Przecież nikt nie wystawia spektaklu, żeby zostać wyśmianym, obrzuconym pomidorami i opisanym we wszystkich możliwych pismach i portalach jako totalne beztalencie. Sztukę tworzy się z wielu powodów, żeby prowokować, ukazać prawdę, wyśmiać prawdę, i tak dalej, i tak dalej. Ale z jakiegokolwiek powodu coś tworzysz to pragniesz aprobaty. Nikt nie powie gimnazjalistce, że beznadziejnie tańczy czy przeciętnie śpiewa. Dlatego tworzenie wtedy było proste. Natomiast kiedy cała widownia śmiała się z mojej studenckiej etiudy – płakałam. Nie dzień, nie dwa. Do dzisiaj czasem płaczę jak przypomnę sobie ten dzień. Ba! Boli mnie nawet głupi komentarz pod postem na facebooku. Nikt się ze mnie nie śmieje, kiedy nie dopierze mi się plama na bluzce, w końcu to się zdarza. Natomiast kiedy chcesz wyjść przed szereg i zrobić, nie próbować, zrobić coś mniej pragmatycznego- narażasz się na krytykę. Im będziesz bardziej ambitny, tym bardziej narazisz się na wysyp chamstwa, nienawiści i wszystkiego co nieprzyjemne.
Myślisz teraz „Ależ ona nadwrażliwa”. Tak, pewnie masz rację. Ta wrażliwość pomaga mi dostrzegać najdrobniejsze szczegóły, sprawia, że mam olbrzymie pokłady empatii, najpierw chcę zrozumieć, dopiero później ocenić. Chcę obserwować i pokazać to co widzę innym, jednak moimi oczami. Z drugiej strony najmniejsze rzeczy ranią mnie kilkukrotnie bardziej niż powinny. I cóż teraz wybrać? Odkurzyć ambicję, pozwolić jej robić co chce i narażać się na łzy czy jednak zostawić ją tam gdzie jest, oszczędzić sobie cierpienia? Wybór nie jest jednak tak prosty, bo przecież wybierając drugą opcję i tak będę płakać. Z powodu straconych perspektyw, poczucia niedopełnienia misji i z żalu do siebie, że nie chciało mi się, że nie dałam rady.
Zupełnie nie tak sobie wyobrażałam moje życie. Tak, to głupio brzmi w tak młodym wieku ale zaplanowałam to sobie inaczej. Za rok miałam mieć tytuł magistra i świetlaną karierę przed sobą. Tymczasem zaczynam wszystko od nowa, na zupełnie innym kierunku, już nieartystycznym i znów bardzo chcę wierzyć, że mimo to dam radę rozwijać swój artystyczny potencjał na własną rękę. Oczywiście jednocześnie pracując i dbając o swoje cztery kąty. Tak, do tej pory nie udawało mi się tego pogodzić, ale tym razem musi być inaczej! Może nowy kierunek mnie zainspiruje? W końcu tu nie będzie niedomówień przy zaliczeniu – albo umiesz albo nie. Nikt Ci nie powie, że jesteś beztalenciem kiedy wykułeś wszystkie definicje.
Tak, wmawiam sobie, ale bardzo chce w to wierzyć. To, że czytasz teraz ten tekst jest niesamowite. Zaimponowałam nawet sama sobie, bo pierwszy raz od wieków zdecydowałam się coś napisać. To dobry znak!
    A teraz jadę do średnio wymagającej pracy, płatnej też równie średnio, bo wyprasować prania pewnie dzisiaj nie zdążę.